Wegańska ciecierzyca/fasolka po bretońsku

Polska zima nie sprzyja zdrowemu odżywianiu. Pomidory smakują jak brudna woda, papryki jak styropian a owoce przemierzyły tysiące kilometrów, zanim trafiły na półkę sklepową. Na szczęście są jednak produkty, na które nawet w Polsce sezon trwa przez cały rok i zimą staram się z nich korzystać.

Continue reading “Wegańska ciecierzyca/fasolka po bretońsku”

Zupa-krem z białej fasoli

Dawno, dawno temu, miałam ugotować fasolkę po bretońsku. Za oknem śnieg i mróz, do wypłaty zostało parę dni, konieczne było więc natychmiastowe podjęcie działań rozgrzewająco-oszczędnościowych. Fasolka idealnie wpisała się w ten plan. W sobotę rano wstałam z uśmiechem na twarzy, zamoczyłam pół kilo “jasia”, który wieczorem miałam zamiar ugotować i zrobić kilkudniowy zapas pożywnego dania. Ból zęba pokrzyżował wszystkie plany…

Gar fasoli ugotowany a złamany ząb nie pozwala na przyjęcie jakiegokolwiek pokarmu wymagającego żucia. Co robić? Jedynym wyjściem było szybkie wynalezienie zupy-kremu, którą można bez konieczności poruszania ustami “wessać” do przewodu pokarmowego. Ostrożnie zaczęłam od małej porcji na spróbowanie czy gra jest warta świeczki, ale po zjedzeniu dwóch miseczek mogę bez obaw miksować resztę.

Składniki (na 2 średnie miseczki):
2 szklanki ugotowanej fasoli “jaś” (lub z puszki)
1 szklanka wody, w której gotowała się fasola (lub po prostu wody jeśli wywar wypiliśmy, wylaliśmy lub zdarzył się wypadek)
1 szklanka wody
suszone pomidory razem z zalewą z oliwy (na taką porcję fasoli dodałam 6 kawałków pomidora i dwie łyżki oliwy z zalewy)
1/2 łyżeczki słodkiej papryki
1/3 łyżeczki ostrej papryki
1/2 łyżeczki tymianku
szczypta soli (jeśli potrzebna: suszone pomidory zwykle są już wystarczająco słone)
1/2 łyżeczki pieprzu ziołowego

  1. Wszystkie składniki wrzucamy do garnka i zagotowujemy. Gotujemy około 5 minut.
  2. Całość miksujemy po zagotowaniu.
  3. Jeśli to konieczne, doprawiamy do smaku. Jeśli ząb nie boli – podajemy z grzankami 🙂

zupa krem z fasoli jaś

Domowy ketchup z papryki

Przetwory, które miały u mnie przetrwać do zimy, znikają tak szybko, że nie nadążam z ich robieniem. Z kilkunastu słoików ogórków chili zostały mi dwa a jutro kolejną już sobotę spędzę z blenderem robiąc wyśmienity ketchup z papryki. Bo z poprzednich dwóch porcji został maleńki słoiczek. To nie jest narzekanie, to radość, że moje przetwory cieszą się wśród krewnych i znajomych ogromną popularnością. Sława już jest, teraz pozostaje mi czekać na bogactwo 🙂

Ketchup z papryki to odlotowy wynalazek, który poznałam  – no oczywiście – na wegetariańskim zlocie. Przepis nieco zmodyfikowałam i sądzę, że można próbować z inną kombinacją przypraw. Dla mnie idealna jest poniższa wersja.


Składniki:
3 kg papryki (w wersji na ostro: 2,5 kg słodkiej papryki i 0,5 kg ostrych papryczek)
1 kwaśne jabłko
1 cebula
1,5 szklanki oleju
2 szklanki cukru (lub 1 szklanka fruktozy)
3 łyżki soli
6 liści laurowych
6 ziarenek ziela angielskiego
3 łyżki suszonej bazylii
1 łyżeczka pieprzu
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
1 łyżka oregano


Do dodania po 40 minutach:
3 przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku
570 ml koncentratu pomidorowego
1/2 szklanki octu

  1. Oczyszczone z gniazd nasiennych papryki, obrane jabłko oraz cebulę miksujemy na gładką masę.
  2. Dodajemy olej, cukier (ja użyłam fruktozy) sól i przyprawy i gotujemy na średnim ogniu około 40 minut.
  3. Po 40 minutach dodajemy czosnek, koncentrat pomidorowy i ocet i gotujemy kolejne 10 minut.
  4. Gorący ketchup wylewamy do wyparzonych słoiczków i odwracamy do góry dnem.

Moja pierwsza zapiekanka

Miałam zaledwie 12 lat, kiedy pewnego dnia uroczyście oświadczyłam rodzicom, iż ja więcej mięsa jeść nie będę. To była połowa lat 90. Nie było Internetu, książki kucharskie rozczulały się nad upieczeniem kaczki na 100 różnych sposobów, a dla wegetarian? Surówka, kotlet z sera i ziemniaki. Mama podstępnie próbowała sprowadzić mnie na jedyną słuszną drogę gotując wyłącznie dania, które uwielbiałam najbardziej: gołąbki z mięsem, krokieciki, pieczony kurczak… Jej biała flaga pojawiła się szybko. Po latach muszę to w końcu przyznać – nie byłam łatwym dzieckiem.

Początki mojego wegetarianizmu chyba nie były dla mojej mamy sielanką. Choć bardzo się starała i gotowała świetnie na pewno czuła, że nie jedząc mięsa powinnam jednak jakoś inaczej wzbogacać swój jadłospis. Niemałym wybawieniem stał się boom na “kursy absolutnie kurde wszystkiego”, które zaczęly się pojawiać akurat wtedy w kioskach ruchu. Co tydzień pojawiały się nowe zeszyty do nauki angielskiego, ogrodnictwa, zjawisk paranormalnych, osiągnięć wielkich malarzy, a także kurs gotowania! “Kolekcja dobrej kuchni” stała się moją (i mamy) pierwszą inspiracją, w której co tydzień szukałam nowych przepisów na dania wegetariańskie, a te, które zawierałay mięso – przerabiałam na wersję wege.

Zaczęłam gotować razem z mamą, która chętnie korzystała z nowych pomysłów dostarczanych przez rewolucyjną wtedy kioskową serię.

Kilka lat później (a może kilkanaście???) odkryłam Puszkę. Do dziś mam w segregatorze pierwsze przepisy, które wydrukowałam z tej nawiększej dziś internetowej książki kucharskiej. Pasztety ze strączkowców, kotlety z warzyw wszelakich, ciecierzyca czy niekonwencjonalne użycie fasoli nie tylko w zupie fasolowej były olśnieniem, choć pewnie dzisiaj trudno w to uwierzyć.

A kochana Puszka wyglądała kiedyś tak:

Czasy się zmieniły. Dziś jedno kliknięcie myszki daje nam wolność w każdym temacie. Łączy nas z ludźmi, którzy myślą podobnie. Burzy mury, które w moim nastoletnim życiu wydawały się nie do pokonania. Bariery kulturowe nie są już barierami a każdy nasz wybór możemy zweryfikować na milion różnych sposobów. To ogromny przywilej. Jeśli myślicie inaczej niż swoi równieśnicy i jesteście pewni swojej niekonwencjonalnej drogi życia – nie zmarnujcie tej szansy.

Dziś prezentuję Wam zapiekankę. To moje pierwsze popisowe danie, które zmodyfikowałam na swoje wegetariańskie potrzeby właśnie z “Kolekcji dobrej kuchni”. Proste, sycące, pyszne.

Skoro ja, mając kilkanaście lat i zero kulinarnego doświadczenia, rozkochałam w tej zapiekance niemal całą rodzinę – to musi byc ona smaczna, no nie ma siły! I choć słychać było nieśmiałe mruczenie, że “jakby boczku tam jeszcze…”, to tempo znikania zapiekanki w ich ustach nie pozostawiało wątpliwości. Smakowało 🙂

Składniki:
2 szklanki makaronu (najlepsze penne lub “świderki”)
10 pieczarek
kilka różyczek brokuła (to opcja, z której skorzystałam dzisiaj)
2 cebule
2 ząbki czosnku
około 200 g łyżki przecieru pomidorowego
pół łyżeczki oregano
pół łyżeczki bazylii
pół łyżeczki ostrej papryki
pół łyżeczki pieprzu (ja dodaję ziołowy)
sól
oliwa

  1. W lekko osolonej wodzie gotujemy makaron o minutę krócej, niż podaje instrukcja na opakowaniu. Ugotowany przerzucamy do lekko posmarowanego oliwą żaroodpornego naczynia.
  2. Na 2 łyżkach oliwy podsmażamy cebulę i czosnek. Jak będą gotowe, przekładamy do naczynia (w którym być może jest już ugotowany makaron, chyba że jeszcze się gotuje :)).
  3. Następnie na tę samą patelnię, na której podsmażyliśmy cebulę wrzucamy pokrojone pieczarki, lekko solimy i smażymy aż wyparuje z nich cała woda.
  4. Dodajemy do makaronu oraz cebuli. Wrzucamy również pokrojone różyczki brokuła – ja dodaję zawsze surowe, gdyż zmiękną one podczas zapiekania w piekarniku.
  5. Przygotowujemy sos: do przecieru pomidorowego dodajemy około 2/3 szklanki wody oraz wymienione przyprawy.
  6. Sos wlewamy do naczynia z makaronem i pozostałymi składnikami, mieszamy.
  7. Całą zapiekankę wkładamy do pieca nagrzanego do 180 stopni i zapiekamy około 20 minut.

Koszt to 10 zł, dwie dosyć duże porcje.
Smacznego 🙂